CAULDRON BORN – BORN OF THE CAULDRON [1997]

01. Crusader
02. The Sword’s Lament
03. Synchronicity at Midnight / A Baying of Hounds
04. Imprisoned With the Pharoahs
05. The Final Incantation / In the Dreaming City
06. In Fate’s Eye a King
07. Born of the Cauldron
08. Unholy Sanctuary
09. Lucifer’s Hammer (Warlord cover)*
Dawno temu, w pedalskich latach 90, kiedy klasyczne gatunki metalu nie miały się dobrze, była garstka kapel, która śmiała się zwać obrońcami prawdziwej stali. Nie mowa tu o istniejących już wcześniej zespołach, a o dopiero co powstających grupach, mających zbawić heavy metal, a w istocie serwujących patatajki, na dodatek z totalnie niemęskim wokalem. Nie zamierzam tutaj mieszać z błotem żadnej z takich kapel, gdyż niektóre z nich miewały swoje przebłyski świetności, niemniej jednak od PRAWDZIWEGO metalu oczekuje się, że będzie PRAWDZIWYM metalem. I właśnie jedną z takich grup była nieistniejąca już dziś załoga Cauldron Born, która w 1997 roku wydała bardzo solidny album, pełen niesamowitej muzyki, mogący swobodnie znaleźć się wśród takich podziemnych klasyków jak Into Battle Brocas Helm czy Symphonies of Steel Exxplorer.
Płyta zawiera osiem utworów. Dziewiąty, bonusowy pojawił się dopiero na remasterze wydanym jedenaście lat po premierze albumu. Bez niego album to ponad piećdziesiąt minut dobrego us power metalu. Piskliwe, aczkolwiek nie dominujące śpiewy, które czasem brzmią jakby dobywały się z jakiejś głębokości, soczyste solówki i niekiedy wręcz nieziemskie riffy, to tutaj standard.
Konkretne bębny i bas, a za chwilę wchodzący piskliwy krzyk, przemieniający się w krótki śmiech – tak zaczyna się fantastyczny Crusader, w którym najbardziej wyróżniają się łatwo przyswajalne solówki jak i fajnie, przeciągle śpiewane tytułowe słowo. Warto tutaj zwrócić uwagę na nieco “haczące” zagrywki po czwartej minucie, po których znów wchodzi przeciągły wokal. Po krzyżowcu mamy nie mniej ciekawy, zaczynający się wysoko The Sword’s Lament, gdzie częściej słychać piski wokalisty niż w poprzednim utworze. Jest to niezły kawałek, jednak dopiero następny podnosi poprzeczkę wyżej. Mowa tutaj o Synchronicity at Midnight / A Baying of Hounds, dla którego to mam szczególne względy, gdyż w pewnym momencie nasuwają mi się skojarzenia z głęboko śpiewającym Gerritem z ubóstwianego przeze mnie Sacred Steel.
Idąc dalej mamy Imprisoned With the Pharoahs, gdzie riff oddaje klimat Egiptu, co ładnie pasuje do tematu utworu. Mimo dobrego riffu i pojawiających się ponownie ekstra solówek, kawałek ten najmniej przypadł mi do gustu spośród wszystkich na płycie. Jednakże przyznaje, że druga część utworu jest naprawdę ciekawa, a śpiewane słowa “Imprisoned with the Pharoahs, with the Pharoahs Eternally” mogą wzbudzić ciarki na plecach, gdy ktoś się dobrze wkręci w kawałek.
The Final Incantation / In the Dreaming City to mistrzostwo, najlepszy utwór z płyty. Super początek, znów pięknie śpiewane kolejne wersy, wspomagane gitarą i na dodatek wchodzący po półtorej minucie riff, który czyni mężczyzną, który idealnie pobrzmiewa w tle wysoko śpiewanego refrenu, a dalej atakujące sola – wszystko to idealnie oddaje to czym jest METAL. Zdecydowanie najsolidniejszy punkt tej płyty, przy którym nagminnie się zatrzymuję, podobnie jak przy moim drugim faworycie z tej płyty. Jest nim dla mnie najdłuższy utwór – In Fate’s Eye a King, gdzie całkowicie można odlecieć przy zaczynających się po trzech i pół minucie akcjach.
Tytułowy utwór w pierwszym momencie rozczarowuje, gdyż zaczyna się powiedziałbym nieco infantylnie, jednakże jest to tylko pierwsze wrażenie, bo już za chwilę zostajemy zmiażdżeni ciężkimi riffami. Sam kawałek jest dziwny, sporo się w nim dzieje, momentami wydaje mi się jakby pokręcony i wydawać by się mogło, że sami muzycy nie do końca wiedzieli co chcą osiągnąć, ale koniec końców wypada on nieźle. Na zakończenie albumu zostaje nam z początku wolno gramolący się do przodu, ponury Unholy Sanctuary, który pod koniec dostaje kopa i w towarzystwie kolejnej udanej solówki zmierza do finałowego wyciszenia. Posiadaczy remastera w tym momencie czeka jeszcze mocarny Lucifer’s Hammer, będący coverem innej dobrej podziemnej grupy – Warlord.
Niezależnie czy jesteśmy posiadaczami wzbogaconej wersji, czy nie, dobiegliśmy do końca bardzo fajnej płyty, która mimo wydania w jakże niekorzystnym czasie dla klasycznego metalu, zyskała armię wiernych czcicieli stali. Mam nadzieję, że choć w niewielkim stopniu ten tekst zachęcił Cię do bycia jednym z nas.
[8/10]


























