House Of Lords – Cartesian Dreams [2009]
1. Cartesian Dreams
2. Born To Be Your Baby
3. Desert Rain
4. Sweet September
5. Bangin’
6. A Simple Plan
7. Never Look Back
8. The Bigger They Come
9. Repo Man
10. Saved By Rock
11. Joanna
12. The Train
Dziwnie się czasami plączą dzieje niektórych zespołów. Nagrywają płyty, zawieszają działalność lub zespół idzie w rozsypkę, a po jakimś czasie wracają one do aktywnej działalności. A jakby tego było mało, często mają kłopoty ze składem. Często są to także zespoły bardzo doświadczone, grające bardzo dobrze ale jakoś tak mało znane, można chyba zaryzykować stwierdzenie, że “z drugiego planu” albo “drugiej ligi”. Do takich zespołów z pewnością należy zespół z Los Angeles istniejący od 1992 roku o nazwie House of Lords. Osobiście uważam, że w przypadku płyt tego zespołu, takie stawianie sprawy jest krzywdzące, bo umiejętności tych panów absolutnie nie zasługują na takie traktowanie. Może to co zespół proponuje jest staromodne, oklepane i słyszane już tysiąc razy, ale trzeba przyznać, że to się po prostu musi podobać. Po dobrze przyjętej, ubiegłorocznej płycie Come to My Kingdom i pełnej udanych koncertów trasie koncertowej, zespół postanowił iść za ciosem, przygotowując kolejną płytę i ruszając w drugą część Come to My Kingdom Tour. Kolejny, siódmy krążek Amerykanów, zatytułowany Cartesian Dreams ukazał się 18 września, a jego zawartość spokojnie stawia do kąta chyba wszystkie tegoroczne wypieki w kategorii oznaczonej nalepką Hard Rock/AOR. Warto w tym miejscu wspomnieć, że na tej płycie zagrał skład znany z płyt World Upside Down i Come to My Kingdom. Nowe dzieło wyprodukowali do spółki wokalista James Christian i Jeff Kent. Tytułowy otwieracz wita nas mocarnym riffem rodem prosto z… Judas Priest. Tak, tak! Mnie po prostu zamurowało, a jakby tego było mało James Christian całkiem swobodnie naśladuje niskie rejestry Halforda. Do tego dołóżmy cholernie melodyjny refren i mamy przebój jak się patrzy. Chóralnie śpiewany refren, dobre, mocne gitary no i te klawisze w tle. Szaleństwo publiki na koncertach murowane. Musi się podobać także solówka w tym utworze. A tak w ogóle to Cartesian Dreams zapowiada, że będziemy mieć do czynienia z albumem bardzo mocnym w sferze gitarowej. Z prawdziwym żalem żegnamy się z tym utworem, by powitać Born to be your baby – mocarne hard rockowe młócenie na bardzo wysokim poziomie. To także hicior jak się patrzy. Desert Rain może i rozpoczyna się leniwie, ale gdy już się rozpędzi to noga sama wystukuje rytm. Po raz kolejny nie jestem w stanie niczego zarzucić tej płycie. Tu mamy absolutnie wszystko na swoim miejscu. Pora na odpoczynek. Trzy pędzące kawałki, a więc czas najwyższy na balladę Sweet September. Doskonale zaaranżowana, zaśpiewana i zagrana. Może i w typowym amerykańskim stylu ale bądźmy szczerzy: who cares?! Ważne, że się podoba i pasuje do płyty, nie? Chwilę odpoczęliśmy, więc można przyspieszyć i gnać dalej. W Bangin’ mamy wszystko to do czego zespół zdążył nas przyzwyczaić: bardzo dobra melodia i przede wszystkim chóralny refren. Ręka do góry kto nie zaśpiewa z Jamesem Christianem początku refrenu. Przyznajcie sami, że to doskonała rzecz na koncert do wspólnego śpiewania z publiką. No i ten bridge w środku utworu. Świetna rzecz! A Simple Plan – zanosi się na kolejną balladę, ale nic z tego. To bardzo fajny, tym razem nieco w wolniejszym tempie, utwór. Czy muszę pisać po raz kolejny, że melodie i refren znów są znakomite? Never Look Back – po raz kolejny wita nas ciężki riff z ciekawie przesterowanej gitary. Możecie się śmiać ale w pewnym momencie mam tu dość odległe skojarzenie z grą Karla Logana. Bardzo podoba mi się to co robi w tym utworze wokalista. Te jego zaśpiewy naprawdę mogą robić wrażenie. No i znów bardzo dobry refren. Utwór zaaranżowany dość nowocześnie, ale pasuje on do płyty, no może na solówkę można ponarzekać. Fajnie brzmi neoklasyczne solo na początku The Bigger They Come. Myślę, że sam Mistrz Malmsteen natchnął tu Jimiego Bella. Wiosłowy House of Lords fajnie wymieszał w tym utworze neoklasyczną szkołę Yngwiego z gitarowymi pościgami w stylu Vaia czy Satrianiego. Repo Man – jak ja lubię takie kawałki żywcem wyjęte z lat ‘80! Fajnie brzmi tu śpiew pani o hmmm, jazzowej czy bluesowej manierze wokalnej. Przyznam, że na każdej płycie z szufladki Hard Rock/AOR szukam takiego hymnu jak Saved By Rock. Dobry, ciężki riff i doskonały, chóralnie zaśpiewany refren. Mało mnie obchodzi, że słyszałem to już conajmniej kilkanaście razy. Ważne jest, że się podoba i już. Na tego typu płytach zdarzają się także utwory zatytułowane imionami kobiet. I tak mamy tu Joanna. Bardzo dobry, mocny riff, pulsujący bas i dudniąca perkusja. To jest to co lubię. Czyżby rzecz o jakiejś pannie z naszego kraju? Może. Niestety autorzy nie zdradzają nam tej tajemnicy haha. Płyta kończy się łagodnym The Train. Osobiście mam tu skojarzenia z dokonaniami Axel Rudi Pella z czasów kiedy śpiewał tam Soto. To absolutnie nie jest zarzut. Moim zdaniem jest to ogromna zaleta, tym bardziej, że wymienieni panowie byle grajkami nie są. Utwór dość nostalgiczny, doskonały na koniec płyty. Cartesian Dreams w żadnym razie nie może być albumem odkrywczym. To wszystko już było. Ale nawet odgrzewany kotlet, jeśli tylko jest umiejętnie podany, nadal smakuje doskonale. Jest to płyta dość ciężka ale nie pozbawiona niezbędnej dawki ciepła. Krążek po brzegi wypełniony bardzo dobrymi melodiami i paroma killerami. Doskonale wyprodukowany i przemyślany od A do Z, wszystko ma tu swoje miejsce i nic nie dzieje się przypadkowo. Wierzę, że wielu z Was przypadnie on do gustu.
[9,5/10]