We are Heavy Metal Generations.

Posted in speed metal tagi , , , , , on 11/11/2009 by kubeusz

HELLHOUND – WECLOME TO METAL ZONE [2004]

1.Metal Zone
2.Flight Of The Demon
3.Deathrider
4.Stormtrooper
5.Heavy Metal Generation

Hellhound to formacja pochodząca z Kraju Kwitnącej Wiśni. Istnieją już od 2002 roku i od tej pory regularnie co dwa lata uraczają nas kolejnymi krążkami, co prawda na pierwszy rzut poszła epka zatytułowana Welcome To Metal Zone, ale że materiał dorby i konkretny to postanowiłem naskrobać parę słów korzystając z dnia wolnego. Tak więc zapraszam a recenzje dwóch długograjów niebawem :)

Jako iż jest to ep, to wiele materiału tu nie będzie i tak tez jest. Całe 20 minut muzyki, ale za to jakiej zajebistej. Słucham juz któryś raz z rzędu tego materiału  i nie nudzi mi się ani odrobinę. Już po pierwszym obrocie nie mogłem usiedzieć w miejscu i sam nie wiem jak udało mi się napisać ten tekst. Przecież w tym jest tyle muzyki Exciter i heavy metalu podanej w najlepszy z możliwych sposobów że w głowie mi się to nie mieści. I nie musi, liczy się sama radość z grania a ta wycieka stąd hektolitrami. Te pięć numerów niszczy wioski, trzy z nich to rozpędzone killery nie nie biorące jeńców i pozostawiające same zgliszcza. Metal Zone to opener taki jaki powinien być, idealnie nastraja do całego materiału. Flight Of The Demon nieco zwalnia, gdyż jest utrzymany w średnim tempie co nie znaczy że jest słaby. Wręcz przeciwnie, słucha się go zajebiście, a refren już przy pierwszym odsłuchu zapada w pamięć (tak jak każdy tutaj na dobrą sprawę). Jednak jeśli tak jak ja wolicie pędzące na złamanie karku pociski to ucieszą was na pewno następne dwa kawałki, mianowicie Deathrider oraz Stormtrooper, kolejno 3 i 4 minuty muzyki Exciter jak się patrzy. A jako iż Exciter to jeden z moich ulubionych zespołów to tym bardziej mnie cieszy że Hellhound czerpie garściami z twórczości Kanadyjczków. Na zakończenie pozostaje jeszcze Heavy Metal Generation. Pomijam fakt że takie coś pewnie jebie kiczem na kilometr, ale ta muzyka ma w sobie coś i po dwóch browarach aż chce się krzyczeć na całe gardło tytułowe słowa.

Welcome To Metal Zone to dopiero wstęp do muzyki Hellhound. Warto się z nimi zapoznać, może nie zawojują świata ani nic w tym stylu, ale muzykę grają przednią i to się liczy. We are Heavy Metal Generations.

[8/10]

After the holocaust…

Posted in thrash metal tagi , , , , on 09/11/2009 by kubeusz

NUCLEAR ASSAULT – GAME OVER [1986]

1.Live, Suffer, Die
2.Sin
3.Cold Steel
4.Betrayal
5.Radiation Sickness
6.Hang the Pope
7.After the Holocaust
8.Mr. Softee Theme
9.Stranded in Hell
10.Nuclear War
11.My America
12.Vengeance
13.Brain Death

Czasem mam tak że spojrzę na jakiś album i stwierdzam już po samej okładce “o nie to nie może być zła płyta”. Tak też miałem z debiutanckim dokonaniem Nuclear Assault.

Ale dosyć gadania, przejdźmy do konkretów, a ta płyta to jeden wielki konkret. Ostra jazda bez trzymanki od początku do końca, ale czego sie spodziewaliście? ckliwych melodii i spacerów bosymi stopami po łące? Toż to kurwa pieprzony thrash metal, tu ma być ostra jazda, ma być rozpierdol.

Już pierwszy instrumentalny numer nastraja bardzo pozytywnie, Live, Suffer, Die narzuca takie tempo że jego minuta trwania trwa w rzeczywistości 10 sekund. Wiem głupie zdanie, ale co ja poradzę że ekipa Lilkera narzuca takie tempo że można dostać zawału serca. Nawet jeśli jakiś numer zaczyna się stosunkowo spokojnie to po (krótszej bądź dłuższej) chwili rozpędza się do prędkości kosmicznych. Ale mniejsza z tym, na Live, Suffer, Die płyta się nie kończy (ba ledwo się rozpoczyna), bo tutaj dosłownie każdy numer niszczy. Sin? Cold Steel? After The Holocaust? Hang The Pope? Stranded In Hell? To tylko kilka z trzynastu killerów które znalazły się na płycie. Jak łatwo się domyśleć, znalezienie tego jedynego jest niemożliwe, no ja już nic nie poradzę na to że płytka jest niesamowicie równa i zwarta. Ale to też dobrze, krążek trwa 35 minut, więc wybieranie tego jednego czy dwóch nie miałoby sensu, wkładamy płytkę do napędu i mamy nieco ponad dwa kwadranse z głowy. Masa zajebistych riffów i solówek duetu Connelly – Bramante oraz wysoki wokal tego drugiego umilą nam czas spędzony z Game Over. Utworów jest dużo (całe 13) ale przeważnie są krótkie i bardzo konkretne, przez co album ani się nie dłuży ani nie nuży. Jedynie finałowy Brain Death wyróżnia się z tłumu swoją długością (ponad 7 minut) oraz rozbudowaniem (akustyczne intro, zmiany tempa). Po samych prostych jak konstrukcja cepa i rozpędzonych killerach taki numer robi wrażenie.

Debiut Nuclear Assalut to kawał dobrej muzyki z którą warto się zapoznać, tym bardziej że dostepna jest wraz z epką o której poniżej.

[8/10]

NUCLEAR ASSAULT – THE PLAGUE [1987]

1.Game Over (Instrumental)
2.Justice
3.Butt Fuck
4.Nightmares
5.The Plague
6.Cross Of Iron

W rok po wydaniu pierwszego krążka ukazała się wspomniana epka. znajduje się tutaj sześć utworów (w tym instrumentalny Game Over). Większość z nich to rozpędzone numery, które poziomem nie odstają od tych z Game Over. Jednak najlepiej z nich wszystkich prezentuje się The Plague – utrzymany w średnim tempie, naprawdę godny numer. Tak więc kto ma, ten pewnie zadowolony, kto nie niech lepiej biegiem pędzi do sklepu, bo Game Over wraz z The Plague to kawał zajebistej muzyki i basta. Brzmieniowo zarówno EP jak i LP prezentują się bardzo dobrze, produkcja tych krązków może się podobać.

[8/10]

Open the gate!

Posted in heavy metal tagi , , , on 08/11/2009 by kubeusz

VORTEX – OPEN THE GATE [1986]

1.Open the Gates
2.Soul Killer
3.Bastards
4.Horrible Dolls
5.Growing Power
6.Massgrave
7.The Beauty and the Teeth
8.Glory Gone
9.Get Out

Vortex to pewien starusieńki zespół z Holandii. Po kilku długich latach od powstania udało się chłopakom w końcu
nagrać debiut, który ukazał się w 1986 roku. co prawda trochę późno, ale to nie jest ważne, muzyka do dziś broni się sama.

A jest czego posłuchać, dziewięć zajebistych, równych heavy metalowych hymnów. Tak hymnów, jak ktoś po kilku odsłuchach nie będzie napierdalał na całe gardło ‘open the gates’ to może ze mną nie rozmawiać. Numer niszczy obiekty a solo z tego numeru to coś zajebistego. A dalej jest nie gorzej, każdy numer aż kipi energią. Panowie Martjo Brougers “Whirlewolf” oraz Berend Steegeman “The Steeg” wyciosali takie szykowne riffy że nic tylko sie cieszyć, a solówki ociekają zajebistością. Mówcie co chcecie ale tak jest. Na szczęście wokalista – Jurjen Tichelaar “Thunderforce” wcale nie odstaje poziomem od swoich kolegów i słucha się go bardzo miło. Może jego głos nie jest wielce agresywny, ale kurde, stworzony jest do heavy metalu.

A same kompoyzcje jak sie prezentują? Jak już wspomaniłem, mamy tutaj dziewieć czystych jak łza i mocnych jak stal heavy metalowych hymnów. Każdy, ale to absolutnie każdy z nich posiada refren który po drugim, góra trzecim odsłuchu będzie kołatał po głowie. Większośc (dokładnie to 5 numerów) płyty to rozpędzone killery, czysta niczym
nie zmącona moc. Pozostałe trzy to utrzymane w średnim tempie, motoryczne numery. Oczywiście heavy metalowa płyta nie mogła by się obejść bez ballady, ballada jak to ballada, utwór bardzo to spokojny, z odrobiną zadziornych gitar. Jednak to zdecydowana mniejszość tego całkiem miłego dla ucha. Na szczęście na koniec zespól przywalił zajebistym Get Out. Ponad sześć minut heavy metalu na najwyższym poziomie, no po prostu cód miód i orzeszki ew borsucze suty.

[9/10]

Unicestwiacz

Posted in Uncategorized tagi , on 03/11/2009 by vincent666

Annihilator – King of the Kill [1994]

King Of The Kill

1. The Box
2. King of the Kill
3. Annihilator
4. Bad Child
5. 21
6. Bliss
7. Second to None
8. Hell Is a War
9. Speed
10. In the Blood
11. Catch the Wind
12. Fiasco (The Slate)
13. Fiasco
14. Only Be Lonely

Nadszedł wielkimi krokami, zniszczył co się dało i poszedł dalej. Kto taki? Annihilator. Tym razem w osobie samego Jeffa Watersa, który prawie sam zagrał na tej płycie, napisał teksty i zaśpiewał. Pomogli mu perkusista Randy Black oraz… Aaron Randal. Swoją drogą Waters albo ma pecha do współpracowników albo jest zbyt wymagającym szefem. Wypróbowując kolejnych muzyków, szef Annihilator doszedł do wniosku, że będzie najlepiej, gdy samotnie zabierze się do dzieła. Jak pomyślał tak zrobił. Efektem tej pracy jest album “King Of The Kill”. Płyta, która jest raczej propozycją bardziej dla fanów tradycyjnego heavy metalu, niż dla zwolenników thrashu, ale jedni i drudzy nie mogą przejść obok tego wydawnictwa obojętnie. Watersowi udało sie bardzo zgrabnie połączyć różne gatunki metalu w bardzo dobrą całość. Miejscami może niespójną ale w żadnym wypadku nieciekawą. Bo zaciekawia już początek płyty. The Box – wolny, wręcz walcowaty utwór, traktujący o zgubnym wpływie pudła zwanego potocznie telewizorem i przemysłu telewizyjnego… czy jak to tam nazwać. Mocno pachnący klimatami industrialnymi (nie bijcie), mocno odmienny od tego co robił Waters do tej pory. I może właśnie dlatego ten numer trafił na początek płyty. Dalej już jest zupełnie inaczej, bo oto król lew zaryczał. King Of The Kill z dumnym i mocarnym tekstem, w którym nasz bohater nie krępuje się i oznajmia wszem i wobec, że teraz on tu rządzi. I słuchając tego kawałka trudno się z tym nie zgodzić. Niektórzy twierdzą, że to najlepszy kawałek jaki Watersowi kiedykolwiek udało się napisać. Trudno się z tym sprzeczać i polemizować, choć ja jestem zdania, że dopiero kolejny kawałek, zatytułowany po prostu Annihilator jest tym najlepszym. Absolutnie niszczący wszelkie obiekty tekst ze złowieszczym tekstem, który jest tu podparty doskonałym podkładem muzycznym. Doprawiony niesamowitym refrenem. No kto się nie ugnie pod siłą takiego argumentu? Jest w tym numerze coś niepokojącego, wręcz hipnotyzującego, taka hmmm, czysta, mechaniczna moc. Niewątpliwie przebłysk niesamowitej klasy Watersa, niektórzy nawet mówią, że geniuszu. Doskonały, kroczący rytm mocarnych gitar, gdy się wsłuchać można niemal usłyszeć bitewny zgiełk, wybuchy i wrzask wyrzynanych w pień mężów. Po prostu Annihilator. Radosny, łobuzerski Bad Child oraz następujący po nim 21 mają zdecydowanie rozrywkowy charakter, choć ten pierwszy znawcom może kojarzyć się z AC/DC. I nie ma czemu się dziwić – Waters nigdy nie ukrywał swojej sympatii do do tej brytyjsko – australijskiej grupy i często na koncertach grał z zespołem swoją, notabene bardzo udaną wersję “Live Wire” czy też “Riff Raff”. Bliss to taka gitarowa miniatura, nic więcej niż chwila oddechu i ozdobnik płyty. Second To None to utwór o stricte antynarkotykowej wymowie. No cóż, Jeff może nie był tak wytrawnym smakoszem i znawcą jak jego rudy kolega po fachu z Megaśmierci, ale niewątpliwie miał w tej materii co nieco do powiedzenia. Hell Is A War to takie watersowskie “One”. Zmiennonastrojowy z niepokojącym tekstem i świetnie opakowany muzycznie. Kwestia utworu Speed. Jest to wyraz fascynacji Watersa wyścigami samochodowymi serii Nascar. Jak głosi fama, Jeff był/jest wielkim fanem tych wyścigów i ponoć nawet brał w nich udział. Podobno często, gdy nie jest zajęty w swoim domowym studio i nie jest akurat w trasie, można go spotkać na torzy wyścigowym w Vancouver, podczas gdy odbywają się na nim wspomniane zawody. Catch The Wind to bardzo ciekawy, instrumentalny utwór jakiego próżno szukać na innych albumach Annihilator. Razem z “Bliss” można zaliczyć go do takich troche zapełniaczy, choć należy pamiętać, że nasza Zosia-samosia lubi się popisywać swoimi gitarowymi umiejętnościami. Zamykający album Fiasco poprzedzony, ekhem, odgłosami z kibla rodem to taki radosny i pozytywny utwór w sam raz na koniec krążka. Tak kończy się podstawowa część płyty. Na niektórych wydaniach jako bonus pojawiła się jeszcze rozmarzona i miłosna ballada Only Be Lonely. Potem następuje cisza i można znów odpalić pudło. Naprawde warto zapoznać się z tym dziełem. Hmmm, a nawet trzeba. Polecam.

[9/10]

Szklana pułapka

Posted in thrash metal on 23/10/2009 by vincent666

HEAVY CROSS – FAN X

Heavy Cross - Fan X

1. Anti-Dominant
2. Ours
3. Road Full Of Uncertainty
4. Mother What If I Have Been An Angel
5. Castles In The Air
6. Die-Hard
7. Candle
8. Life Is More Than A Game
9. Walking In Reality (Hangover)
10. Paranoid
11. Heavy Cross

W tym miejscu miała znajdować się recenzja zupełnie innej płyty zupełnie innego zespołu. Przypadek, a może szczęśliwy traf chciał, że zamiast o tamtej, opowiem Wam o jedynej jak dotąd płycie zespołu Heavy Cross. Nazwa sugeruje raczej, że jest to zespół heavy bądź power metalowy, nie? Pierwsze zaskoczenie jest takie, że ten zespół nie gra takiej muzyki. Druga ciekawostka jest taka, że zespół ten pochodzi… z Gruzji. A najlepsze jest to, że tego zupełnie nie słychać! Panowie poczynają sobie całkiem śmiało, a to co wyczyniają na swoich instrumentach musi budzić szacunek. Gruzini parają się dość rzadko spotykaną mieszanką metalu progresywnego i thrash metalu. Instrumentalnie stoją na bardzo wysokim poziomie, a wokalista o głosie przypominajacym dokonania Briana Johnsona z AC/DC dopełnia reszty wrażenia. Śmiem jednak twierdzić, że panom nie tylko progresja i thrash w głowie, bo na całym krążku jest całkiem sporo odniesień do bluesa, rocka, a nawet do death metalu. No proszę Państwa, takiego riffu jak w Road Full Of Uncertainty nie powstydziłby się sam Trey Azagthoth z bluźnierczego Morbid Angel. Mało? No to mamy następny w kolejce Mother What If I Have Been An Angel, kawałek w którym pięknie brzmią echa Soundgarden, nawet wokalista Giorgi Ioramashvili, całkiem swobodnie naśladuje tu Chrisa Cornella, jakby zazdroszcząc mu trochę tej jego wokalnej ekspresji… A potem przechodzi do śpiewania a’la wujek Bruce. Majstersztyk! Fajnie jest móc posłuchać takiej płyty, której korzenie głęboko siedzą w latach ‘90 minionego stulecia. Gdyby wtedy ukazała się ta płyta, ci panowie z pewnością zrobiliby niezłą furorę. Niestety warunki były jakie były, szczęście to wielkie, że dziś można słuchać płyt z tak odległych zakątków globu. Jak widać i tam drzemie spory muzyczny potencjał. Dużym plusem i niewątpliwą ozdobą tej płyty jest melodyjność, świeżość, niebanalne pomysły i przede wszystkim wspaniałe, grane na dyżym luzie solówki. Choć są dość krótkie dodają niewątpliwego uroku temu krążkowi. Zespołowi nieobce są także klimaty crossover, w których porusza się choćby nasze Acid Drinkers. Kto lubi takie kawałki, temu z pewnością spodoba się numer Die-Hard, do którego nakręcono także teledysk. Dalej zespół znów zaskakuje. Bo jest ballada Candle. Leciutki, niemal zwiewny utwór, gdzie wokaliście towarzyszy tylko gitara akustyczna, flet i bezprogowy bas. O instrumentach słów kilka. Wszystkie doskonale słychać. Cieszy nieco wysunięta praca basu. Dzięki temu utwory nabierają niebędnej mocy i tej “nośności”. Fajnie pomyka sobie perkusista. Dimitri Oganessian całkiem swobodnie zapędza tych wszystkich uznanych prog metalowych bębniarzy z Portnoyem na czele do kąta, pokazując, że ciekawy efekt można osiągnąć bez miliona przejść i perkusyjnej ekwilibrystyki. Nie znaczy to, że tego na tym krążku nie ma. Jest ale nie nuży, za to zaciekawia i wciąga na tyle, żeby wystukiwać rytm nogą i kiwać głową. Ciekawy efekt osiągnięto w Walking In Reality (Hangover), gdzie po mocnym początku wchodzi sobie gitara akustyczna, potem mamy progowe szaleństwo i znów akustycznie i spokojnie. Mniej wiecj od połowy utworu znów nabiera on mocy. Warto zwrócić tu uwagę na rozbudowaną prawie-death metalową, techniczną solówkę. Dalej mamy zaskoczenie w postaci nietypowo zagranego klasyka Sabbathów. Mowa o wszech i wobec znanym Paranoid. Zaciekawia bas grajacy partię gitary solowej, no czegoś takiego jeszcze nie słyszałem. Giorgi Ioramashvili znów pokazuje pełnię swojej klasy całkiem udanie śpiewając “pod” dziadka Ozzy’ego. Nie może nie podobać się solówka. Na koniec panowie zostawili mocny, rockowy Heavy Cross. Tu polecam Waszej uwadze wymianę solówek między gitarzystami. No i co, płyta leci od początku, a ja nadal nie mam jej dość. Fan X to wypiek arcyudany, bardzo ciekawy, wciągający i co tu dużo gadać po prostu świeży. I aż dziw, że z Gruzji. Jak widać tamtejsi muzycy za nic mają obecne konwenanse i graja to co im sprawia radochę. Bo czego jak czego, ale tego tu z pewnością nie brakuje. Trzymam kciuki za ten dobrze rokujący band i czekam na więcej. Polecam gorąco.

[9,5/10]

As its flowing thru your mind…

Posted in thrash metal tagi , , , , on 15/10/2009 by kubeusz

WHIPLASH – INSULT TO INJURY [1990]

1.Voice of Sanity
2.Hiroshima
3.Insult to Injury
4.Dementia Thirteen
5.Essence of Evil
6.Witness to the Terror
7.Battle Scars
8.Rape of the Mind
9.Ticket to Mayhem/4 E.S.
10.Pistolwhipped

Trzy lata trzeba było czekać na kolejny album Whiplash, co więcej wraz z trzecim albumem nastąpiły znaczące zmiany.
Od mikrofonu odszedł a skupił się tylko na wiośle Tony Portaro, co zaowocowało śpiewakiem nieznanym o imieniu Glenn Hansen. facet ten nie śpiewa tak agresywnie jak Tony na dwóch pierwszych płytach, jednak zdolności wokalne ma potężne. Co za tym idzie, zmieniła się również sama muzyka. To już nie pędzący na złamane karku, niszczący wszystko na swojej drodze opętańczy thrash metal. Teraz Whiplash brzmi znacznie dojrzalej, z umiarem i zróżnicowaniem dawkując słuchaczowi swoją muzykę. Zmieniło się również brzmienie albumu, jeśli są krążki które brzmią idealnie to bez wątpienia do takich należy Insult To Injury. Ale może od początku i nieco dokładniej.

Wokal – Glenn Hansen – naprawdę duży plus tego albumu. Z jednej strony szkoda że Portaro nie śpiewa, z drugiej
jednak strony, tak zdolny śpiewak rekompensuje wszelkie straty. Porusza się on przede wszystkim w górnych
rejestrach, jednak jego skala jest na tyle zróżnicowana że pozytywnie zaskakuje przez całe 37 minut.

Muzyka – jak już wspomniałem, stała się znacznie bardziej dojrzalsza, czy przez to lepsza? trudno roztrząsać, co kto lubi, nie zmienia to jednak faktu ze kompozycje zawarte na tym albumie są naprawdę ciekawe, zróżnicowane i bogate w smaczki (jak chociażby basowe podchody w Voice Of Sanity). Tutaj trzeba pogratulować Tonemu naprawdę
zajebistych solówek. Każda, ale to absolutnie każda zapada w pamięć. Może brakuje nieco więcej takich prostych i
morderczych killerów jak na poprzednich albumach, jedynie Pistolwhipped oraz Witness To The Terror mogą zasłużyć na miano takich killerów i mimo tego że utrzymane są w stylistyce Insult To Injury to czuć w nich ducha dwóch poprzednich dokonań. Jednak to trochę mało, ale cóż, pozostałe numery bronią się na swój sposób i to jest najważniejsze.

Brzmienie – padam na kolana, cud, miód, ideał, tyle. Wszystko tu brzmi idealnie, począwszy od gitar, przez bas i bebny a na ogólnym odbiorze kończąc. Nie ma tutaj brudu ani pogłosu jaki był na poprzednich krązkach, jest znacznie bardziej klarownie.

Trzeci album Whiplash to naprawdę kawał bardzo dobrej muzyki okraszonej zajebistą produkcją, naprawdę warto.

[8.5/10]

Ciężki deszcz

Posted in alternative/rock, hard rock on 07/10/2009 by vincent666

TRUTH – MACHINE [2008]

cover

1. Freedom
2. Respect
3. Over And Over
4. Generation Stupid
5. Machine
6. Hold Out
7. Stand In Line
8. Angel
9. Can I Be Forgiven
10. Big Al
11. Self Control
12. Out Of Control
13. High And Low
14. Tormented
15. Heavy Rain

Nie lubie takich płyt. I nie mam tu na myśli ich zawartości muzycznej bo ta potrafi się jakoś obronić. Chodzi mi raczej o to, że zespół nie postarał się zbytnio i nie można znaleźć zbyt wielu informacji o tym zespole i tej płycie. A przecież debiutantom powinno zależeć na jak najszerszym rozgłosie i dotarciu do jak największej rzeszy odbiorców. Ale panom Sven Cirnski’emu i Davidowi Frembergowi najwyraźniej na tym nie zależy. No cóż, ten pierwszy jest znany z gry w Bad Habit, a drugi udziela się w prog rockowym Andromeda. Ci dwaj dobrali sobie pozostałych muzyków i postanowili nagrać płyte. Jak pomyśleli, tak zrobili, czego efektem jest płyta “Machine”. Co zawiera owo dzieło? Hmmm, jak na mój gust to mamy tutaj do czynienia z ciężkostrawną dawką topornego blues rocka. I raczej nie usłyszycie tego w radio. Ta płyta zabarwiona jest godzinami nocnego jam-session, oblana hektolitrami potu i piwa, śmierdząca dymem papierosowym, choć jednocześnie nie można muzykom odmówić pasji grania. Ta pasja czasami doprowadza człowieka do szału, bo gdzieniegdzie solówki Cinski’ego ciagną się jak makaron do spaghetti, a toporność materiału rozsadza słuchaczowi czaszkę. Zniechęcam Was, nie? Na pocieszenie dodam, że w wielu miejscach kawałki całkiem fajnie bujają i są bardzo melodyjne. Album “Machine” nie poddaje się jakimś konkretnym szufladkom, nie można tu tak do końca mówić, że zespół gra to czy tamto. Słuchając płyty miałem nieodparte wrażenie, że zespół nasłuchał się Led Zeppelin, Alice in Chains, Pearl Jam, Monster Magnet i tych wszystkich amerykańskich zespołów grajacych ciężkiego rocka, których przecież pełno. Do tego dodać należy sporą dozę ciepłego, amerykańskiego bluesa i jakąś taką “niechlujność” i luz w graniu utworów. Zaiste warto posłuchać tego LP, bo w nagrodę dostajemy dwa wyśmienite numery, które rzucają całkiem inne światło na “Machine”. Pierwszy z nich to utwór “Angel”. Wspaniały, cieplutki, blues-rockowy, bujający numer z łagodnym tekstem. Mam tu nieodparte skojarzenia z całą hordą amerykańskich kapel, które bardzo często zamieszczały na swych płytach takie balladki. A już wręcz nachalnie przychodzi mi na myśl szwajcarski Gotthard z jednym ze swych utworów. I ta, pełna pasji solówka. No coś pięknego. Nie boję się rzec, że to jeden z najlepszych, rockowych numerów roku 2008. Ten utwór dostajemy w połowie materiału. Drugą połowę tego topornego krążka zamyka kolejna petarda, zatytułowana “Heavy Rain”. Tu z kolei mamy coś innego. Pustynia, piach, stoner, southern, rock, blues i nosowy, szklisty sound Fendera obsługiwanego przez Svena Cinski’ego. Na dokładkę niesamowity śpiew Fremberga. Włączcie to sobie i zgaście światło. Ciarki przebiegające po plecach gwarantowane. Mimo, ze trudno wytrwać przy tym krążku, to bardzo się cieszę, że mogłem go posłuchać. Ukazanie się tego dzieła dowodzi, że stary, dobry rock żyje i ma się świetnie. Inną sprawą jest dla kogo przeznaczona jest ta płyta. Kto powinien jej posłuchać? Zastanowiłem się nad tym głęboko i dochodzę do wniosku, że krążka powinni poszukać fani amerykańskiego blues-rocka, a także ci, którym nieobce są dokonania Ritchiego Kotzena, Johna Noruma, fani bluesowych krążków Paula Gilberta, a nawet maniacy Yngwiego Malmsteena. Nie sposób tu oczywiście wymienić wszystkich, których echa słychać na “Machine”. Więc krótko: jeśli jesteście fanami dobrego gitarowego wymiatania, kochacie amerykańskiego bluesa i nie przeraża Was toporność i psychodelia to z całą stanowczością powinniście sięgnąć po ten wypiek. Wytwórnia Grooveyard Records odwaliła kawał dobrej roboty. Doskonały amerykański blues-rock ze… Szwecji. Włączcie więc sobie tę płytę i odlećcie. Warto.

[8/10]

My Metal Heart Will Never Die!!!

Posted in hard rock, heavy metal tagi , , , , , , on 27/09/2009 by Sir Perversor Von Warren

WHITE WIZZARD – HIGH SPEED GTO E.P. [2009]

01 High Speed GTO
02 Celestina
03 Into the Night
04 March of the Skeletons
05 Megalodon
06 Octane Gypsy
07 Red Desert Skies

50 dych to troche drogo jak za epke ale cóż, dzieci nowobogackich snobów i tak ściągają z internetu. Niemniej cena za epkę Białego Czarogieja trochę wygórowana, mimo iż jak na epkę trwa prawie 30 minut. High Speed GTO to tak naprawdę nie jest w całości nic nowego, a jedynie reedycja epki z ubiegłego roku zatytułowanej White Wizzard po prostu. Zamiast Iraq Attack na nowo wydanym mini albumie mamy za to Red Desert Skies, nie mam pojęcia czy to jest ten sam utwór gdyż pierwszej epki nie dane mi było słyszeć. Dziwi mnie natomiast brak na tym wydawnictwie fenomenalnego utworu 40 Deuces, który według zapowiedzi ma jednak zagrzać miejsce na pełnym debiucie kapeli a który to powinien pojawić się jeszcze w tym roku, jak będzie naprawdę? Nigdy nie wiadomo wszak 3 założycieli White Wizzard opuściło szeregi grupy, włącznie ze znakomitym wokalistą Jamesem Paulem  Luna. Ale nie ma się czym martwić gdyż panowie obecnie naparzają w Holy Grail a próbki utworów dają wielką nadzieję.

High Speed GTO było już znane ze składanki Heavy Metal Killers i już wtedy mnie ten utwór zniszczył, dobiło video do tego utworu stylizowane na kino klasy b i lata ‘80 pełne kiczowatych efektów specjalnych. Jako otwieracz kawałek spisuje się doskonale. Celestina następująca po mieszanka Tygers Of Pan Tang i Iron Maiden, mamy więc NWOBHM pełną gębą, lekko zmetalizowany hard rock. W Into The Night słychać Saxon.March Of The Skeletons z wysuniętym basem to znowu nawiązana do pewnej cechy charakterystycznej Iron Maiden. Z całego zestawu Megalodon wydaje się być najmniej melodyjny, jednak lekko orientalny riff i podjazdy wręcz pod speed metalową szarżę robią swoje. W miodnym riffie przodującym Octane Gypsy ponownie słyszę Iron Maiden. 7 utworową epkę kończy Red Desert Skies z lekko skopaną melodią, na szczęście robota Jamesa J. LaRue robi swoje, po jego odejściu ta kapela pewnie straci wiele. Właściwie to zastanawiam się czy obecny White Wizzard nie zmieni nazwy gdyż faktycznie sprawę rzecz biorąc spadkobiercą powinien zostać Holy Grail, zwłaszcza iż jak zakładam będzie zawierał wiecej White Wizzard niż White Wizzard sam w sobie, coś jak z Sepulturą.

Album polecam heavymetalowym maniakom, dużo dobrych melodii, znakomitych riffów, chociaż Wokal Jamesa Paula może się niektórym wydawać jakby miał mało jaj. Mimo tego, dobra płyta, ja już zacieram ręce na wieści z obozów zarówno z Whitw Wizzard Jak i Holy Grail.

[7.5/10]

Bound To Steel

Posted in heavy metal tagi , , , , , , , , on 27/09/2009 by Sir Perversor Von Warren

GLADIATORS – BOUND TO STEEL [1999]

01 Bound To Steel
02 Like An Eagle
03 Under The Cross
04 Glory Or Die
05 Aces Up High
06 Street Rockin’ Man
07 Redlight Zone
08 Child Of The Dark
09 Fire Storm
10 Dreams Will Never Die

Przyznam się bez bicia, to mój pierwszy kontakt z tą kapelą, heavy metal maniacs mogą zacżąc mnie biczować. Dwójka Gladiatorów ujrzała światło dzienne dokładnie dziesięć lat temu. Nic dziwnego, a jednak, została pochłonięta przez koło czasu. Została bezpowrotnie gdyż jak wiadomo Gladiators już nie istnieją, a szkoda bo mielibyśmy zapewne kilka wspaniałych tradycyjnych płyt więcej do wysłuchania. Jest do bólu niemiecko, ale oczywiście nie brakuje elementów charakterystycznych jak skrzeczący, żartobliwy wręcz wokal na upartego mogący budzi skojarzenia z takim miksem Udo z Camem Pipesem.

Już na wstępie jesteśmy niszczeni siłą stalowego Bound To Steel, szczerego przesłania i wspaniałej melodii. Oczywiście jeśli Alexandra Thomasa nie odrzuci na wstępie. Like An Eagle to utwór zagrany na modłe i ku czci starego Helloween z hansenem na wokalu, słyszalen zwłaszcza w chórkach, tnąće riffy trochę pod stary Running Wild. Cały album to jeden wielki Prawdziwy Metalowy Hymn. Echa Running Wild ponownie w Under The Cross czy Glory Or Die. Nie ukrywam jednak że są to inspiracje dosyć luźne, gdyż ciężko mi to z czymkolwiek skojarzyć. Do całego sosu dodałbym jeszcze Manowar w Aces Up High, epickim, podniosłym kawałku z typowo niemiecką melodią, przyznam trochę przesłodzoną ale pasująca do charakteru albumu. Kompozycja sama w sobie trochę spuszcza ze speedowego tonu poprzedników. Street Rockin’ Man z kolei mogłabybyć sygnaturką Accept, oczywiście zabójczy kopiący dupę feeling Gladiatorów zabija od pierwszego usłyszenia. Sławni Piraci powracają w riffach fenomenalnego Redlight Zone, ten sieczący refren!!! Trochę tradycyjnych teutońskich patatjni mamy w Child Of The Dark. Kolejny numer to ponownie granie w klimatach thrashowo-speedującego Accept, chociażby spod znaku Fast As A Shark z Restless And Wild, w refrenie mamy raczkujący Helloween. Na koniec pozostaje dość nieciekawie zaspiewana przez Aleksandra Ballada, nadrabiajaca za to znakomitą pracą gitarzystów i “szorującej” sekcji a mianowicie Dreams Will Never Die.

W latach w których zespół funkcjonował miał zapewne pod górkę, lata dziewięćdziesiąte nie były najlepszym czasie dla tradycyjnego i prawdziwego metalu, wiele firm inwestowało w kapele za którymi przepadały nastolatki a których nazw przytaczać nie będę bo wiadomo o co chodzi, tanie chwyty marketingowe jak cyrkowy image, przeciętne umiejętności w komponowaniu i pozowanie na brutalność czy zadzior przechodziły. Gladiators mieli pecha, zapewne gdyby wystartowali 15 lat wcześniej mieliby zapewnione miejsce obok Accept czy Running Wild a tak pozostaje tylko wspomnienie i wypatrywanie w oddali statku widmo. Dodać należy, że członkowie kapeli to duchy, wcześniej ani później nie grali w żadnym znaczącym czy bardziej znanym zespole.

[8.5/10]

061. Gladiators – [Bound To Steel #02] Bound To Steel
062. Gladiators – [Bound To Steel #04] Under The Cross
063. Gladiators – [Bound To Steel #03] Like An Eagle
064. Gladiators – [Bound To Steel #05] Glory Or Die
065. Gladiators – [Bound To Steel #06] Aces Up High
066. Gladiators – [Bound To Steel #07] Street Rockin’ Man
067. Gladiators – [Bound To Steel #08] Redlight Zone
068. Gladiators – [Bound To Steel #09] Child Of The Dark
069. Gladiators – [Bound To Steel #10] Fire Storm
070. Gladiators – [Bound To Steel #11] Dreams Will Never Die

Hard Rock is alive

Posted in Uncategorized tagi , on 20/09/2009 by vincent666

House Of Lords – Cartesian Dreams [2009]

Front

1. Cartesian Dreams
2. Born To Be Your Baby
3. Desert Rain
4. Sweet September
5. Bangin’
6. A Simple Plan
7. Never Look Back
8. The Bigger They Come
9. Repo Man
10. Saved By Rock
11. Joanna
12. The Train

Dziwnie się czasami plączą dzieje niektórych zespołów. Nagrywają płyty, zawieszają działalność lub zespół idzie w rozsypkę, a po jakimś czasie wracają one do aktywnej działalności. A jakby tego było mało, często mają kłopoty ze składem. Często są to także zespoły bardzo doświadczone, grające bardzo dobrze ale jakoś tak mało znane, można chyba zaryzykować stwierdzenie, że “z drugiego planu” albo “drugiej ligi”. Do takich zespołów z pewnością należy zespół z Los Angeles istniejący od 1992 roku o nazwie House of Lords. Osobiście uważam, że w przypadku płyt tego zespołu, takie stawianie sprawy jest krzywdzące, bo umiejętności tych panów absolutnie nie zasługują na takie traktowanie. Może to co zespół proponuje jest staromodne, oklepane i słyszane już tysiąc razy, ale trzeba przyznać, że to się po prostu musi podobać. Po dobrze przyjętej, ubiegłorocznej płycie Come to My Kingdom i pełnej udanych koncertów trasie koncertowej, zespół postanowił iść za ciosem, przygotowując kolejną płytę i ruszając w drugą część Come to My Kingdom Tour. Kolejny, siódmy krążek Amerykanów, zatytułowany Cartesian Dreams ukazał się 18 września, a jego zawartość spokojnie stawia do kąta chyba wszystkie tegoroczne wypieki w kategorii oznaczonej nalepką Hard Rock/AOR. Warto w tym miejscu wspomnieć, że na tej płycie zagrał skład znany z płyt World Upside Down i Come to My Kingdom. Nowe dzieło wyprodukowali do spółki wokalista James Christian i Jeff Kent. Tytułowy otwieracz wita nas mocarnym riffem rodem prosto z… Judas Priest. Tak, tak! Mnie po prostu zamurowało, a jakby tego było mało James Christian całkiem swobodnie naśladuje niskie rejestry Halforda. Do tego dołóżmy cholernie melodyjny refren i mamy przebój jak się patrzy. Chóralnie śpiewany refren, dobre, mocne gitary no i te klawisze w tle. Szaleństwo publiki na koncertach murowane. Musi się podobać także solówka w tym utworze. A tak w ogóle to Cartesian Dreams zapowiada, że będziemy mieć do czynienia z albumem bardzo mocnym w sferze gitarowej. Z prawdziwym żalem żegnamy się z tym utworem, by powitać Born to be your baby – mocarne hard rockowe młócenie na bardzo wysokim poziomie. To także hicior jak się patrzy. Desert Rain może i rozpoczyna się leniwie, ale gdy już się rozpędzi to noga sama wystukuje rytm. Po raz kolejny nie jestem w stanie niczego zarzucić tej płycie. Tu mamy absolutnie wszystko na swoim miejscu. Pora na odpoczynek. Trzy pędzące kawałki, a więc czas najwyższy na balladę Sweet September. Doskonale zaaranżowana, zaśpiewana i zagrana. Może i w typowym amerykańskim stylu ale bądźmy szczerzy: who cares?! Ważne, że się podoba i pasuje do płyty, nie? Chwilę odpoczęliśmy, więc można przyspieszyć i gnać dalej. W Bangin’ mamy wszystko to do czego zespół zdążył nas przyzwyczaić: bardzo dobra melodia i przede wszystkim chóralny refren. Ręka do góry kto nie zaśpiewa z Jamesem Christianem początku refrenu. Przyznajcie sami, że to doskonała rzecz na koncert do wspólnego śpiewania z publiką. No i ten bridge w środku utworu. Świetna rzecz! A Simple Plan – zanosi się na kolejną balladę, ale nic z tego. To bardzo fajny, tym razem nieco w wolniejszym tempie, utwór. Czy muszę pisać po raz kolejny, że melodie i refren znów są znakomite? Never Look Back – po raz kolejny wita nas ciężki riff z ciekawie przesterowanej gitary. Możecie się śmiać ale w pewnym momencie mam tu dość odległe skojarzenie z grą Karla Logana. Bardzo podoba mi się to co robi w tym utworze wokalista. Te jego zaśpiewy naprawdę mogą robić wrażenie. No i znów bardzo dobry refren. Utwór zaaranżowany dość nowocześnie, ale pasuje on do płyty, no może na solówkę można ponarzekać. Fajnie brzmi neoklasyczne solo na początku The Bigger They Come. Myślę, że sam Mistrz Malmsteen natchnął tu Jimiego Bella. Wiosłowy House of Lords fajnie wymieszał w tym utworze neoklasyczną szkołę Yngwiego z gitarowymi pościgami w stylu Vaia czy Satrianiego. Repo Man – jak ja lubię takie kawałki żywcem wyjęte z lat ‘80! Fajnie brzmi tu śpiew pani o hmmm, jazzowej czy bluesowej manierze wokalnej. Przyznam, że na każdej płycie z szufladki Hard Rock/AOR szukam takiego hymnu jak Saved By Rock. Dobry, ciężki riff i doskonały, chóralnie zaśpiewany refren. Mało mnie obchodzi, że słyszałem to już conajmniej kilkanaście razy. Ważne jest, że się podoba i już. Na tego typu płytach zdarzają się także utwory zatytułowane imionami kobiet. I tak mamy tu Joanna. Bardzo dobry, mocny riff, pulsujący bas i dudniąca perkusja. To jest to co lubię. Czyżby rzecz o jakiejś pannie z naszego kraju? Może. Niestety autorzy nie zdradzają nam tej tajemnicy haha. Płyta kończy się łagodnym The Train. Osobiście mam tu skojarzenia z dokonaniami Axel Rudi Pella z czasów kiedy śpiewał tam Soto. To absolutnie nie jest zarzut. Moim zdaniem jest to ogromna zaleta, tym bardziej, że wymienieni panowie byle grajkami nie są. Utwór dość nostalgiczny, doskonały na koniec płyty. Cartesian Dreams w żadnym razie nie może być albumem odkrywczym. To wszystko już było. Ale nawet odgrzewany kotlet, jeśli tylko jest umiejętnie podany, nadal smakuje doskonale. Jest to płyta dość ciężka ale nie pozbawiona niezbędnej dawki ciepła. Krążek po brzegi wypełniony bardzo dobrymi melodiami i paroma killerami. Doskonale wyprodukowany i przemyślany od A do Z, wszystko ma tu swoje miejsce i nic nie dzieje się przypadkowo. Wierzę, że wielu z Was przypadnie on do gustu.

[9,5/10]